O mnie

Cześć !

Mam na imię Monika.

Jestem 39 letnią żoną, oraz mamą dwóch fajnych chłopaków. Cieszy mnie, że trafiliście na moją stronę!

Zakładając ją byłam szczęśliwa. Szczęśliwa, ponieważ znalazłam swoją drogę. Znalazłam motywację i pomysł. Znalazłam pomysł na życie, ale co najważniejsze: znalazłam sposób na to jak się pogodzić, funkcjonować i radzić z tym „czymś”, co na cześć pewnego japońskiego doktora zostało kiedyś nazwane „Choroba Hashimoto”.

Chciałabym, aby moje doświadczenia pomogły i Wam w szukaniu własnej drogi.

 

Zapraszam do przeczytania mojej historii:

Urodziłam się, przedszkole, szkoła, studia, ślub….., wszystko według scenariusza o jakim marzyłam będąc nastolatką. Ułożone życie nie obarczone większymi problemami zdrowotnymi. Byłam też genetyczną szczęściarą, ponieważ po podstawówkowej „pyzie” i wkroczeniu w pełnoletniość licznik wagi bez szczególnych diet, wyrzeczeń, czy regularnego biegania oscylował w przedziale  60 – 63 kg.

 

Ciąże:

Przy pierwszej przytyłam 15 kg. Myślę, że wiele Mam pierwszego dziecka potwierdzi moje zdanie: Nie miałam czasu na nic!.  Zarwane noce i nowe stresujące sytuacje. Mimo wielu trudnych chwil, problemów z laktacją, kolek, znanego wielu mamom refluksu, następnie refluksowego zapalenia płuc u malucha i chwil spędzonych w szpitalu – dziś wiem, że zniosłam to całkiem nieźle. Pierwsze miesiące przeleciały, ogarnęłam się, po czym bez specjalnych „fit-meetingów” i regularnej siłowni po około roku wróciłam do znanych mi wcześniej parametrów.

Kolejne 3 lata przeleciały z nastawieniem, o którym pisałam wyżej. Zdrowie Ok. Rodzinka, dom, praca, wakacje. Waga w znanej mi normie, pełne szczęście.

Przy drugiej  wszystko kopiuj/wklej! Waga +15kg, opuchnięte nogi, senność itp.  Nauczona doświadczeniem wiedziałam czego się spodziewać,  więc byłam spokojniejsza.

Poród i drugi synek. Grzeczniutki, prawie bez kolek, ja pełna pokarmu. Wszystko zgodnie z zapowiedziami Babci: „Jak pierwszy dał popalić, to drugi odda spokój” . Jakie te Babcie potrafią być mądre! Stało się jak zapowiadała i wszystko toczyło się dużo łatwiej.

 

Pierwsze objawy:

Po sześciu miesiącach z nowym brzdącem zauważyłam jednak że o ile synek zuch, o tyle ze mną coś nie tak!.  W znane z poprzedniego okresu macierzyństwa schematy wkradły się nieznane dotąd sytuacje. Nie poznawałam siebie!. Mimo dużo łatwiejszych przeżyć czułam, że jestem bardziej zmęczona. Przesypiałam pełne noce, a mimo to poranne wstawanie stało się koszmarem. Wieczory wcale nie były lepsze. Zaraz po „Wiadomościach” mój organizm kategorycznie krzyczał: Spać! Choć próbowałam walczyć, był silniejszy. Wiosna w pełni,  ciepłe majowe wieczory, spotkania ze znajomymi, pierwsze grille, zegar wskazuje 20:00 a ja ziewam – jaki wstyd !

Zauważyłam też inne zmiany; Cera stała się sucha i łuszcząca, a moje ciało zasypały pryszcze. Jejku, miałam je wszędzie! A włosy?  Nie raz uroniłam łzę widząc jak wypadają przy czesaniu.  No i ta waga! Czas leciał, a ona w magicznym miejscu 78 Kg! Zbliżało się lato, a ja byłam gruba, rozdrażniona, senna i kapryśna. Ten stan zaczął też negatywnie wpływać na moje małżeństwo, ponieważ nawet niewielkie problemy potrafiły wyprowadzić mnie z równowagi wywołując niepotrzebne spory.

Po jakimś czasie zaczęło mi to przeszkadzać. Nie potrafiłam zrozumieć „skąd i dlaczego?”‚ wiec swoje  zachowania konsultowałam z lekarzami; rodzinnym, jak również ze słynącym z dobrej opinii ginekologiem.  Oboje zlecili podstawowe badania krwi, po czym przedstawili znane z internetu i plotkarskich portali diagnozy: „Szanowna Pani, nowe małe dziecko,  jest Pani przemęczona.  Hormony robią swoje – może to niewielka depresja, która szybko minie.  Nie należy się martwić. Czas zrobi swoje, niebawem wszystko wróci do normy”.

Zanim nie pojawiły się wieczorne bóle stawów, poczucie zimna, poranne drętwienia mięśni i zawroty głowy próbowałam wierzyć w ich sugestie …

 

Pewnego dnia, blisko rok od porodu powiedziałam sobie:  DOŚĆ !.  COŚ JEST NIE TAK !.

– nie jestem przemęczona, ponieważ sypiam regularnie

– nie mam żadnych powodów do stresu

– nie mam problemów w domu, małżeństwie, czy też z dzieckiem

– nie mogę zrzucić wagi

 

Nie widziałam żadnego racjonalnego powodu, aby zgodzić się z tym co sugerują lekarze !

Przestraszona sytuacją rozpoczęłam poszukiwania.

 

Diagnostyka:

Ze względu na moje objawy wyprosiłam skierowanie do szpitala, po czym na podstawie szybkiego wywiadu (pojawiających się porannych drętwień kończyn i zawrotów głowy) trafiłam na oddział neurologiczny.  Po kilku dniach dowiedziałam się, ze wykonują  mi badania w kierunku wykluczenia SM.  Tomograf, rezonans i  punkcja którą przeszłam bardzo boleśnie… .
Bardzo się przestraszyłam! Na tyle bardzo, że już szukałam w internecie odpowiedzi na pytanie:  A co jeśli mam stwardnienie rozsiane?

Na szczęście po 10 dniach przyszły uspokajające wieści: „Nie znaleźliśmy nic niepokojącego”. Na tę okoliczność szczęśliwa i „odżywiona” szpitalnymi kroplówkami dostałam wypis i z radością wróciłam do domu.

Radość niestety nie trwała długo! Kilka dni później wróciła szara rzeczywistość.
Wieczorne drętwienia nóg, bóle podobne do reumatycznych, senność, rozdrażnienie, poranne zawroty głowy, bóle dłoni, zmienny nastrój, problemy skórne, wypadające włosy….

I tak na zmianę. Dzień to, kolejny dzień co innego. Dzień spokoju i powrót.

Szukając dalej zmieniłam lekarza rodzinnego. Nowa pani doktor po wysłuchaniu i przeanalizowaniu historii rzuciła krótkie hasło: „a może to tarczyca?”.

Dostałam skierowanie na badania o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Oprócz znanego TSH, FT3 i FT4,  zaleciła, abym oznaczyła stężenie przeciwciał ANTY TG i ANTY TPO. Po wykonaniu badań okazało się, że wszystkie, które wymieniłam są w normie, oprócz znacznie przekroczonego ANTY TG.   Na wizycie kontrolnej Pani doktor zasugerowała, że mogę mieć Hashimoto, po czym wypisała skierowanie do endokrynologa.

 

Diagnoza:

Nazwą choroby przestraszyłam się bardzo, po czym (jak zapewne wiele z Was) w szybkim tempie przewertowałam internet. Muszę jednak przyznać, że idąc do „państwowego” endokrynologa byłam szczęśliwa. Szłam tam z nadzieją że znalazłam przyczynę, która spowodowała zawirowanie w moim życiu. Byłam pewna, że dostanę odpowiednie leki i już niebawem wszystko wróci do normy.

Niestety, myliłam się !

Po wykonaniu USG endokrynolog potwierdziła że jest to przewlekłe limfocytowe zapalenie tarczycy (inaczej Hashimoto). Usłyszałam jednak, że do kiedy TSH mieści się w granicach normy, nie przewiduje się leczenia hormonalnego, po czym dostałam karteczkę z terminem na wizytę kontrolną za pół roku.

Reasumując:
Wyszłam z potwierdzeniem choroby, ale bez wskazówek i  sugestii co mam robić dalej. Sama, bezsilna i z myślą: „wiem, co mi dolega, ale nie wiem jak mam z tym walczyć!”

Pomyślałam jednak że endokrynolog z NFZ leczy jak mu płacą, więc ze złudną nadzieją udałam się na dwie wizyty prywatne. Znani – lokalni cieszący się dobrą opinią endokrynolodzy, więc pewnie dowiem się więcej. Prywatnie zrobiłam ponowne badania, których wyniki wyszły bardzo zbliżone.  O ile było miło i sympatycznie, o tyle diagnoza i propozycja leczenia pozostała bez zmian – Obserwujemy TSH i czekamy.
Choć nie podważam wiedzy lekarzy, do których się udałam – wyszłam zniesmaczona. Przekaz nie był dosłowny, ale ja odebrałam go tak:

„z tym da się żyć, a my mamy na głowie tych którzy mają większe problemy”.
Zasugerowano mi jedynie, żebym poczytała trochę o dietach,  ponieważ przy Hashimoto sposób odżywiania się może mieć wpływ na postęp choroby.

 

Hashimoto i Ja: 

Po tych trwających blisko półtorej roku przejściach dopadła mnie frustracja!. Frustracja, która z jednej strony podcinała skrzydła, ale z drugiej strony zmobilizowała do jeszcze bardziej stanowczego działania. Nie mogłam się pogodzić z tym, że nie mam się do kogo zwrócić.  Nie potrafiłam zaakceptować tego, że jestem chora i nie ma sposobu na to, abym mogła cieszyć się życiem tak jak dawniej!  Pełna kolejnych nadziei, z wyznaczonym kolejnym celem rozpoczęłam wertowanie internetu.

Czas leciał, a ja dzień po dniu, strona po stronie, poradnik po poradniku,  książka po książce, próba po próbie, obserwując siebie zaczęłam stawiać czoło tej paskudnej i podstępnej chorobie. Chociaż nie raz było naprawdę ciężko, dziś nie żałuję!. Od diagnozy upłynęły cztery lata, a ja dziś mogę powiedzieć jedno:

Było Warto!

 

Przez ten czas angażując się w temat Hashimoto spotkałam na swej drodze wielu Ludzi. Bywając na spotkaniach chorych na Hashimoto organizowanych w wielu miejscach Polski poznałam tych z dobrym sercem i wiedzą.  Poznałam wiele osób, które usłyszały podobną diagnozę. Osób, które dokładnie jak ja były nią przestraszone. Osób takich, które za sprawą „niedoszkolonych” lekarzy przedwcześnie zaczęły brać leki. Spotkałam też takich, których diagnoza załamała, oraz takich które pozostawiły chorobę samej sobie, wystawiając organizm na „pożarcie”.

 

Kochani – Nie było mi łatwo !

Wszystko czego się dowiedziałam jest efektem chęci poznania problemu, który niespodziewanie zagościł w moim życiu.

Dziś już wiem, że są różne kierunki i sposoby walki z Hashomoto. Jedni mówią, że odstawienie Glutenu nie ma znaczenia (jeśli testy nie wykazały nietolerancji).  Inni, że odstawienie Glutenu to podstawa. Nie wskażę Wam właściwego kierunku, ponieważ o ile wiele objawów jest zbliżonych, o tyle nie ma dwóch takich samych przypadków.


Wiem jedno!

Walkę z Hashimoto należy toczyć regularnie. Oprócz słuchania specjalistów znających się na temacie, należy w pierwszej kolejności obserwować siebie.
Ja tą walkę toczę, więc czuję się całkiem dobrze!. Moja waga wróciła do normy, a organizm tylko czasem zaskoczy mnie znanymi z wcześniejszego okresu dolegliwościami.

Przeszłam wiele…

Przez ludzką ciekawość próbowałam również eksperymentować, zbaczać z kursu i świadomie „grzeszyć”. Skutki uboczne takich testów pojawiały się jednak bardzo szybko.

 

Dzisiejsza medycyna nie zna dokładnej przyczyny choroby Hashimoto i nie potrafi jej pokonać, ale Ci którzy chcą,  mogą z nią żyć w całkiem dobrej komitywie.

 

Pozdrawiam serdecznie.

Monika